Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 grudnia 2015

na dziesięć

Zabrana o zmierzchu - C.C. Hunter

 
Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 11/2014
Ilość stron: 400



Życie nastoletniej Kylie jest dość skomplikowane, i nie chodzi tylko o to, że posiada zdolności, które nawet u podobnych jej istot budzą konsternację. Choć odpowiedz na pytanie kim jest wydaje się dla niej teraz najważniejsza - w końcu jeśli jest się wampirem to dobrze o tym wiedzieć - to nie jest to jej jedyny problem. Z pomocą duchów odkryła  tożsamość swojego prawdziwego ojca, teraz zaś czeka ją pierwsze spotkanie z jego adopcyjnymi rodzicami. Kylie wiąże z poznaniem "przyszywanych" dziadków tyle samo nadziei co i obaw. Nie spodziewa się jednak, że prawda co do jej rodziny jak i tożsamości okaże się dużo bardziej skomplikowana niż ktokolwiek przypuszczał. W życiu Kylie nie ma zresztą, ani prostych pytań, ani łatwych odpowiedzi. 
"Zabrana o zmierzchu" to kolejny, trzeci już tom cyklu w którym czytelnicy mają nadzieję odnaleźć odpowiedzi z niecierpliwością zapewne nie mniejsza niż główna bohaterka. Pani Hunter nie ma jednak dla nas litości i dostajemy tyle by zaspokoić pierwszą ciekawość, a po szczegóły trzeba sięgnąć w kolejnym tomie. 
Tym razem sporo miejsca autorka poświęciła życiu uczuciowemu Kylie i jej sercowych rozterek dotyczących wyboru między Derekiem a Lucasem. Nie muszę chyba dodawać, że bohaterka miota się we własnych uczuciach nie mając pojęcia którego chłopaka wybrać, a gdy już wybierze czy postąpiła słusznie. 
Mimo kilku fabularnych powtórzeń, i pewnego znużenia niezdecydowaniem Kylie, uważam ten tom za równie udany jak poprzednie. Być może dlatego, że całość obliczona jest na pięć, a nie jak to zwykle bywa, trzy czy cztery części, tempo zdarzeń jest dość wolne, co pozwala na zamieszczenie dużej ilości pobocznych wątków, które znacznie wzbogacają całość. 
Moja ocena: 7/10
*******

Szepty o wschodzie księżyca - C.C. Hunter

 
Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 03/2015
Ilość stron: 400

Kolejny czwarty już tom cyklu, który stanowi bezpośrednie przedłużenie poprzedniego. Wiele w życiu Kylie się zmienia, zwłaszcza od kiedy dowiedziała się ona kim naprawdę jest i co to właściwie oznacza. To, że już ma tę wiedzę, nie znaczy jednak, że jej problemy się skończyły. Wręcz przeciwnie jej sytuacja zarówno na gruncie rodzinnym, uczuciowym a nawet towarzyskim wydaje się coraz bardziej skomplikowana. Jak by tego było mało pojawił się pewien duch, który wygląda całkiem jak komendantka obozu, a jej przyjaciółka - Holiday. Tylko, że Holiday żyje. 
Kolejna przyjemna, lekka lektura. Książki pani Hunter, choć przeznaczone dla młodzieży mają w sobie pewien swoisty urok, który pozwala, nawet już dawno nie nastoletnim czytelnikom, na przyjemny powrót do świata trudnych wyborów, silnych więzi i skrajnych emocji. Autorka potrafi sprawić, ze przeżywamy to wszystko razem z Kylie i umiejętność tę uważam, za jedną z najważniejszych zalet serii. 
Niecierpliwie czekam aż na mojej półce zagości piąty, niestety ostatni już tom. Jestem bardzo ciekawa jak ta historia potoczy się dalej. 
Moja ocena:7/10
*******
 Tom 1   Tom 2 


Lepszy świat - Marcus Sakey

  
Wydawnictwo: Rebis 
Rok wydania: 07/2015
Ilość stron: 416

"Lepszy świat" to druga część cyklu Marcusa Sakeya opisującego alternatywną rzeczywistość w której pod koniec lat osiemdziesiątych na świat zaczęły przychodzić dzieci obdarzone różnymi nieprzeciętnymi zdolnościami. Nie trudno się domyśleć, że populacja "obdarzonych" zmieniła obraz rzeczywistości - nie koniecznie na lepsze. Jedną z takich osób jest Nick Cooper, główny bohater serii, który w "Niebezpiecznym darze" jako agent rządowy wypełniał misję, której celem było nie dopuszczenie do wojny domowej. Sprawy okazały się jednak dużo bardziej złożone, niż ktokolwiek przypuszczał. Zmieniły się władzę, ale problemy pozostały. Antagonizmy narastają, grupy zarówno obdarzonych jak i "zwykłych" mieszkańców przyjmują coraz bardziej radykalne stanowiska. I nikt nie ma już wątpliwości, że będzie jeszcze gorzej...
Bardzo podobał mi się "Niebezpieczny dar", to książka, od której po prostu nie można się oderwać. Gdy więc tylko nadarzyła się taka możliwość sięgnęłam po kontynuacje. Autor zdecydowanie rozszerzył krąg bohaterów oraz wątków i o ile wcześniej skupiał się na wydarzeniach wokół Nicka, tak w "Lepszym świecie" mamy raczej obraz sytuacji społecznej. 
Co ciekawe, książka powinna spodobać się zarówno miłośnikom fantastyki, politycznych thrillerów, a przede wszystkim sensacji. Autor znacznie wykracza bowiem poza ramy każdego z tych gatunków. 
Jestem bardzo ciekawa, jak dalej potoczy się ta historia, bo nie ma wątpliwości, że to jeszcze nie wszystko. Niecierpliwie czekam na trzeci tom.
Moja ocena: 6/10
******

 

Czyste szaleństwo - Charlaine Harris

  
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 280

Podobał mi się klimat jaki udało się stworzyć autorce w "Czystej jak łza", pierwszym tomie serii, którego bohaterką jest Lily Bard  - sprzątaczka w roli detektywa amatora. "Czyste szaleństwo" to kolejna odsłona jej przygód. Ulubionym miejscem Lily w miasteczku jest siłownia, gdzie spędza niemal każda wolną chwilę. I tam właśnie odnajduje zwłoki jednego ze stałych klientów. Jednocześnie jej uwagę zwracają niecodzienne wydarzenia w domach jej pracodawców, a jakby tego było mało, w mieście zaczyna rosnąć napięcie na tle rasowym. Mimo wysiłków Lily by pozostać na uboczu, wplątuje się w niebezpieczny ciąg wydarzeń...
Króciutka książka, którą szybciutko się czyta. Taki nie do końca kryminał, choć tych wątków jest chyba najwięcej. Mimo, że fabuła obfituje w wydarzenia - jak wybuch bomby - oschła i oszczędna narracja z perspektywy Lily pozbawia czytelnika całego związanego z nimi napięcia. Autorka równie emocjonalnie opisuje sprzątanie przez bohaterkę kolejnego mieszkania jak jej udział w niebezpiecznych wydarzeniach czy nawet romans. 
Okazało się, że klimat to troszkę za mało by stworzyć wciągającą książkę. Czuję się więc nieco rozczarowana, bo liczyłam jednak na więcej.
Moja ocena: 5/10
*****


niedziela, 27 grudnia 2015

dla dziewięć

Przebudzona o świcie - C.C. Hunter



Wydawnictwo: Feeria
Rok wydania: 05/2014
Ilość stron: 384

"Przebudzona o świcie" jest drugim tomem cyklu pani Hunter - "Wodospady Cienia", którego główną bohaterkę Kylie, poznaliśmy jako jedną z uczestniczek tego niezwykłego letniego obozu. Byłam pod sporym wrażeniem pierwszej części, pomysłowości i sprawności z jaką autorka przedstawia czytelnikowi świat nastolatków wraz z tymi bardzo typowymi dla tego wieku problemami, jak i tymi bardzo niezwykłymi. 
Największym problemem Kylie - oprócz tych sercowych - pozostaje ustalenie własnej tożsamości. Mimo tego, że czuje się ona w Wodospadach Cienia jak w domu i wierzy, że tu właśnie jest jej miejsce, to jednocześnie ma świadomość, że nie wie kim tak naprawdę jest i do żadnej z istniejących grup nie pasuje. 
A to jeszcze nie wszystko. Konieczność zachowania sekretów nie ułatwia dziewczynie i tak skomplikowanych relacji rodzinnych, do tego nieustannie nawiedza ją pewien duch, który twierdzi, że jedna z bliskich jej osób umrze pod koniec lata, a to nie koniec niebezpieczeństw z jakimi przyjdzie jej się zmierzyć. 
Często zdarza się tak, że autorzy ze świetnym pomysłem na książkę eksploatują go zupełnie w pierwszym tomie, a kolejne są po prostu próbą przedłużenia niespodziewanego sukcesu i wypadają dużo gorzej. To zdecydowanie tej serii nie grozi. Autorka ma nie tylko mnóstwo nowych pomysłów na wzbogacenie fabuły, ale i z powodzeniem pogłębia i rozszerza już rozpoczęte wątki. 
Bardzo podoba mi się w tej serii ta wielotorowość, główna bohaterka ma nie tylko "niezwykłe" zdolności, które zmieniają jej życie, ale także zupełnie zwykłe problemy. Kłóci się z rodzicami, próbuje zyskać przyjaciół, rozeznać się we własnych uczuciach, a czasem po prostu dobrze się bawić. 
Moja ocena: 7/10
*******


W cieniu - A. S. A. Harrison



Wydawnictwo : Znak
Rok wydania: 01/2015
Ilość stron: 352

"W cieniu" to niezwykła i bardzo głośna powieść kanadyjskiej pisarki, której książki nie były dotąd w naszym kraju wydawane. Mam nadzieję, że to się teraz zmieni. Ten porównywany do "Zaginionej dziewczyny" Gillian Flynn, psychologiczny thriller stanowi świetny przykład na to jak daleko jest w stanie posunąć się "zwykły" człowiek dla ratowania standardu własnego życia. 
Historia wydaje się dość typowa. Po wielu latach związku z Jodi (i wielu  skokach w bok, na które zawsze przymykała oko), Todd zakochuje się w dużo młodszej kobiecie i postanawia rozpocząć z nią nowe życie. Nie spodziewa się, że to co dla niego oznacza po prostu kolejny krok (młoda narzeczona jest w ciąży), dla Jodi oznacza koniec spokojnego życia jakie dotąd wiodła. Nigdy nie była ona formalnie żoną Todda, toteż nie ma żadnego prawa, do wszystkich zgromadzonych przez lata dóbr - w tym wielu cennych antyków i bibelotów. Musi opuścić nawet mieszkanie, które dotąd uważała za własny dom. Jedynie testament gwarantuje jej dziedziczenie po Todzie i to tylko do dnia zawarcia nowego małżeństwa. Problem w tym, że Todd żyje, a do ślubu nie zostało dużo czasu...
Bardzo wciągający i dobrze napisany thriller, który świetnie udowadnia jak cienka jest granica między miłością a nienawiścią, sprawiedliwością a zbrodnią. Czyta się bardzo przyjemnie, choć fabuła raczej spokojnie płynie niż biegnie do przodu, nie ma także tak charakterystycznego dla psychologicznych thrillerów napięcia. Nie wpływa to jednak znacząco na wartość i przyjemność z lektury książki. Ja choć uważam, że porównywanie jednych pisarzy do drugich raczej szkodzi niż pomaga autorom, bardzo cieszę się, że zdecydowałam się sięgnąć po "W cieniu". Pani Harrison ma bowiem swój własny, bardzo interesujący styl.  
Moja ocena: 6/10
******

Czysta jak łza - Charlaine Harris



Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 264

Króciutki, ale bardzo przyjemny kryminał, który mimo zupełnie współczesnej scenerii ma w sobie coś ze stylu retro. Autorka najbardziej znana jest z głośnego cyklu  o Sookie Stackhouse, na podstawie którego powstał równie (jeśli nie bardziej) głośny serial "Czysta krew". Nie miałam okazji przeczytać, żadnej z tych książek, ale swego czasu zapoznałam się z kilkoma książkami z kryminalnego cyklu o małomiasteczkowej bibliotekarce tropiącej zbrodnie - Aurorze Teagarden.
"Czysta jak łza" jest oparty na bardzo podobnym, jeśli nie identycznym pomyśle. Niepozorna mieszkanka małego miasteczka wplątana zostaje w ciąg wypadków, które pozwalają jej na zdemaskowanie mordercy. Nie sądzę by te podobieństwa same w sobie były wadą, znajomość Aurory nie umniejsza przyjemności poznawania Lily Bard - choć bohaterki te prócz innego zawodu, różni naprawdę niewiele. Może z wyjątkiem dramatycznej przeszłości Lily, co czyni tę postać dużo ciekawszą.
Lily, młoda mieszkanka małego miasteczka zajmuje się sprzątaniem w domach bogatych, ale nie zawsze - sąsiadów. Pozwala jej to w jakiś sposób "zajrzeć" w ich życie, poznać zwyczaje, a czasem sekrety. Gdy wiec podczas nocnego spaceru znajduje w parki zwłoki jednego z mieszkańców domu w którym sprząta, jej chłodny, analityczny umysł i wrodzona ciekawość nie są w stanie podtrzymać ją od poszukiwania odpowiedzi na kilka ważnych pytań...
Interesująca, lekka i bardzo przyjemna książka, która zainteresuje zapewne zarówno zagorzałych fanów autorki, jak i wielbicieli kryminałów w ogóle.
Moja ocena: 6/10
******

Zrodzone ze śmierci - J. D. Robb



Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 400

Kolejna część kryminalnej serii In Death, którą Nora Roberts udowadnia, że nie jest tylko specjalistką literatury kobiecej. Choć w "Zrodzonych ze śmierci" wątków bardzo kobiecych nie brakuje - jednym z najważniejszych momentów fabuły jest poród, czyli coś w czym twarda porucznik Eve Dallas wolałaby nie uczestniczyć, gdyby tylko potrafiła odmówić swojej najlepszej przyjaciółce. Dla wszystkich tych, którzy od wątków dotyczącego osobistego życia bohaterów cenią te dotyczące kryminalnej intrygi, powiem, że nie powinni czuć się zawiedzeni, bo autorka jak zwykle nie zawodzi.
Wszystkie tropy w sprawie brutalnego morderstwa młodej kobiety prowadzą do miejsca gdzie pracowała jako księgowa. Wydaje się, że musiała ona natknąć się w swej pracy na informację, których posiadanie przypłaciła życiem. Prowadząca śledztwo porucznik Eve Dallas podejrzewa, że sprawa dotyczy oszust finansowych. Aby to udowodnić będzie potrzebowała wsparcia swojego  eksperta w tej dziedzinie, a prywatnie  męża Roarka.
Moja ocena: 6/10
****** 
 Tom 1   Tom 2   Tom 3   Tom 4   Tom 5   Tom 6   Tom 7


wtorek, 20 stycznia 2015

Śmierć w Braslau - Marek Krajewski


Śmierć w Braslau - Marek Krajewski



Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 256



Po lekturze „Śmierci w Breslau” jedno jest już pewne: nie polubimy się z twórczością pana Krajewskiego, nie ma na to najmniejszych szans. Naprzód nieco rozczarowały mnie „Róże cmentarne”, teraz zaś kompletnie zniesmaczyła (tak, to dobre słowo) „Śmierć w Breslau”. A naprawdę chciałam dać serii z Eberhardem Monkiem szansę. Wiem, że ma ona całkiem spore grono swych wiernych fanów, co kolejny raz udowadnia mi jak bardzo mogą różnić się czytelnicze gusta.

Czytałam te książkę przez kilka tygodni – co najmniej. Choć należę do tych osób, które pochłaniają lektury w przeciągu kilu godzin. Dobrnęłam do końca tylko na fali noworocznych postanowień, z których jedno głosi, by nie powiększać stosu niedokończonych lektur (i tak jest już wystarczająco duży). Ale nawet mimo postanowień, musiałam robić sobie przerwy w czytaniu po to by najzwyczajniej w świecie od tej książki odpocząć. Od stylu autora, i jego ciągłych prób zaszokowania i zniesmaczenia czytelnika, które po pewnym czasie zwyczajnie męczą.

Mimo ogromnego podziwu dla kunsztu, z jakim autor odtwarza realia historyczne i urzędniczo – polityczne zależności w społeczeństwie niemieckim przed wybuchem II Wojny Światowej całość fabuły ogromnie rozczarowuje. Nawet dość intrygująca kryminalna zagadka schodzi na dalszy plan wobec wszędobylskiego obrazu degeneracji. Mimo licznego grona postaci, nie ma wśród nich żadnej, której motywy wynikałyby z jakichś wyższych odczuć a nie egoistycznych i bardzo prymitywnych pobudek. A to sprawia, że czytelnik do nikogo nie odczuwa sympatii i nikomu nie kibicuje, za to los wszystkich jest mu zupełnie obojętny. A więc, po co czytać?

Należę do tego grona czytelników, które z niejednym już się w literackim świecie zetknęły, nie szokuje mnie, więc opis orgii urządzonej u jednego z arystokratów, ani zasady funkcjonowania przybytków seksualnych uciech, za wpół jawnych przyzwoleniem mieszczańskiej elity. A gdy dołożymy do tego tortury, gwałty, narkotyki, oszustwa, kłamstwa i intrygi… To pod całą tą lepką scenerią, gdzieś gubi się treść i rozwiązanie zagadki morderstwa, które w innym przypadku mogłoby być całkiem interesujące.


Żałuję, że autor wybrał dla swych opowieści właśnie taką formę, dla mnie jest ona zupełnie niestrawna. 

Moja ocena: 
4/10

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zaklinacz czasu - Mitch Albom


Zaklinacz czasu - Mitch Albom


Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 288






Tak, wiem, że pewnie należę do mniejszości, bo nie przyłączę się do powszechnych ochów i achów nad „Zaklinaczem czasu”. I pewnie, jak to ma zazwyczaj miejsce w takich sytuacjach, można mi będzie zarzucić, że nie poznałam się lub nie zrozumiałam „głębi” tego dzieła. Bo wszystko w tej książce jest na ową głębię nastawione, każde zdanie aż ocieka od mądrości i znaczeń. No cóż, nie przemawia to do mnie.

Tak naprawdę bowiem książka – piękne wydanie choć tak jak i tekst rozciągnięte maksymalnie jak się da, w końcu czytelnik lubi porównywać cenę z wielkością tego co trzyma w ręce – jest w zasadzie jakimś pseudofilozoficznym zbiorem przemyśleń na temat czasu. Tematem przewodnim dla owej refleksji autor uczynił historię trzech postaci. Nastolatki, która straciła chęć do życia i ma czasu za dużo, umierającego biznesmena, który chciałby czas zatrzymać bo ma go za mało, oraz tajemniczego Dora, który tak skupił się na liczeniu upływającego czasu, że zapomniał o tym co naprawdę ważne.  Chciałabym powiedzieć, że coś mnie w pomyśle autora zaintrygowało, ale nie mogę. Te historię są banalne a naprawdę można było podejść do tematu inaczej, może nie tak dosłownie, ale z pewnością ciekawiej.

Końcowa refleksja jest równie oczywista i banalna jak cała treść: ważniejsze od upływu czasu jest to co z nim zrobimy. Po drodze do tej myśli autor karmi nas całą masą frazesów w stylu: Kiedy ma się nieskończoną ilość czasu, nic nie jest wyjątkowe lub Kiedy odmierza się życie, nie żyje się nim. Właściwie mogłabym tu przytoczyć każde zdanie, bo niestety całość utrzymana jest w takim tonie.


Wiem, że niektórzy uznają książkę za „magiczną”, trochę mitologizowaną i bez wątpienia klimatyczną – i oczywiści mają prawo tak uważać, ale to niestety nie mój styl. Ja jedyne co pozytywnego mogę powiedzieć o „Zaklinaczu czasu” to, to że szybko się czyta i chyba głównie dlatego, że niewiele tam treści :(

Moja ocena: 
4/10

niedziela, 16 czerwca 2013

Betonowy ogród - Ian McEwan

 

Betonowy ogród - Ian McEwan


Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2008
Ilość storn: 200




Mam ogromne zaległości w pisaniu recenzji. Ostatnio wena jakoś mnie opuściła, czekałam więc cierpliwie na jej powrót zabijając czas kolejnymi lekturami. I teraz, gdy właśnie sprawdzam, czy to odpowiedni moment na pisanie czy mam czytać dalej, odkryłam, że na mojej liście mieści się już sześć książek o których chciałabym wspomnieć. Nie pozostaje mi więc innego, jak zakończyć czekanie na wenę, która mam wrażenie wciąż mnie nie nawiedziła, i wziąć się do dzieła. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
Ian McEwan jest zapewne najbardziej znany z powieści „Pokuta” na podstawie, której swego czasu nakręcono głośny film w równie głośnej obsadzie. Ja jednak zdecydowałam się na jego debiutancką książkę – „Betonowy ogród”, która to od momentu wydania przyniosła autorowi sławę makabrysty. I jest to sława jak najbardziej zasłużona.
W opisie wydawcy przeczytamy, że jest to „gęsta, intensywna opowieść o czwórce dzieci, które po odejściu rodziców stopniowo przyjmują ich role. Zawieszone pomiędzy światem dzieciństwa i dorosłości dryfują przez dni sennego, upalnego lata.” Stwierdzenie to świetnie oddaje charakter tej książki. Jest gęsta od gorąca, erotyzmu i lepkiego brudu. Fenomenalne w niej jest to, że wywołuje odrazę, przeraża, brzydzi i odpycha a jednocześnie fascynuje na tyle, by nie sposób jej było odłożyć. Uczciwie przyznaję, że niewiele w swojej czytelniczej karierze spotkałam takich książek.
Dużą zasługą jest to, że McEwan nie próbuje nikogo pouczać i umoralniać, oceniać ani potępiać. Przedstawia nam świat widziany oczami kilkunastoletniego Jacka, dorastającego chłopca, który dopiero odkrywa swoją seksualność. Ale nie jest on jedynym bohaterem tej opowieści. Jack ma dwie siostry, starszą i młodszą oraz małego braciszka. Ich normalne, niczym nie wyróżniające się życie zmienia się gdy z ich domowego świata znikają dorośli. Po pierwszym zachłyśnięciu się wolnością, zaczynają inaczej postrzegać siebie samych jak i siebie nawzajem.
Muszę jeszcze wspomnieć o sposobie w jaki „Betonowy ogród” został napisany. Nie wiem na czym polega zabieg i jak McEwan to zrobił, ale udało mu się wciągnąć czytelnika w głąb tej historii, tak, że nawet się nie spostrzeżemy jak tkwimy wewnątrz tego domu wypełnionego niezdrową intymnością, odorem brudu i śmierci. Nie sposób zachować dystans kiedy niemal oddycha się tym samym powietrzem ciężkiego, upalnego lata.
Bardzo podobało mi się także zakończenie, choć spotkałam się z opiniami, że niektórych czytelników rozczarowało. Nie będę niczego zdradzać, ale powiem, że dla mnie cała historia dąży do jakiegoś wielkiego finału z każdą chwilą przybiera coraz bardziej jaskrawy koloryt szaleństwa aż ostatecznie ociera się niemal o groteskę.
Polecam, choć nie mam wątpliwości, że to nie jest książka dla wszystkich. Niejednych oburzy i zniesmaczy, inni spodziewający się akcji mogą ją uznać nawet za nudną. Każdy zapewnie odbierze ją inaczej. Dla mnie jest wstrząsająca. Wstrząsająco prawdziwa.

Moja ocena:
8/10

sobota, 15 czerwca 2013

Stokrotki w śniegu - Richard Paul Evans

 

Stokrotki w śniegu - Richard Paul Evans


Wydawnictwo:  Znak
Rok wydania:  2011
Ilość stron:  288



Każdy miesiąc ma w moim czytelniczym rankingu najlepszy i najsłabszy punkt. Już teraz wiem, że o ile nie nastąpi jakieś niespodziewane odkrycie czegoś co zwali mnie z nóg, najwyżej w czerwcu uplasują się książki Roberta Muchamora. Jego seria „Cherub” jest jednym z najfajniejszych odkryć jakiego dokonałam w ostatnim czasie. Ale o tym przy innej okazji. W tym miejscu chce napisać, że mam nadzieję, że „Stokrotki w śniegu” uplasują się na drugim końcu tej listy i, że na nic gorszego już nie trafię.
Nazwisko Richarda Paula Evansa należy do tych bardziej rozpoznawalnych (i nie chodzi mi tu o jego powszechność, której zaradzić ma jak sądzę, posługiwanie się obojgiem imion), ale ja muszę ze wstydem przyznać, że dotąd nic co wyszło spod jego pióra jeszcze nie trafiło do mojej biblioteczki. Aż do teraz, kiedy to na jednej z półek odnalazło swoje miejsce śliczne, nowiutkie wydanie „Stokrotek w śniegu”.
I cóż z tego, że książka ładna, jak nigdzie indziej tak jak w przypadku książek właśnie nie o wygląd a o wnętrze chodzi. A w środku… No, może trochę przesadzam, bo muszę zupełnie szczerze przyznać, że „Stokrotki…” czyta się łatwo, szybko i lekko. Ale z drugiej strony… Wiem, że pan Evans ma, także w naszym kraju, szerokie grono swych wielbicieli (twórczości, rzecz jasna). W innych krajach rzecz ma się podobnie. W końcu mówimy o autorze którego wszystkie dotychczasowe powieści – a jest ich kilkanaście - gościło na liście hitów „The New York Timesa”. Jakiś czas temu jednak, przekonałam się, że owe listy to coś zupełnie nie dla mnie.
O czym są „Stokrotki w śniegu”? Niektórzy mówią, że to nowa, współczesna wersja „Opowieści wigilijnej”, tyle, że z postacią skąpego milionera w roli głównej i bez ingerencji sił nadprzyrodzonych. Wolałabym jednak spojrzeć na tę historię w inny sposób, bo Dickensowskie inspiracje są tu niezaprzeczalne. Gdybyście chcieli stworzyć jak najbardziej przejmującą scenę, która wzruszy nawet najbardziej zatwardziałych współczesnych twardnieli to czy najlepszym pomysłem nie byłoby posłużenie się niezawodnym motywem dziecka. Wyobraźcie sobie tylko: kilkulatek odmawiający wieczorny pacierz w ciemnej klitce swego ubogiego domu, a przy nim matka. Umęczona, spracowana kobieta, klęcząca przy łóżku by wpatrzona kochającym spojrzeniem w swego jedynaka prosić Boga o pomoc i siłę przetrwania w świcie, który pozbawił ich wszystkich perspektyw i oszczędności. Dramatycznie prawda? Taka właśnie jest jedna z pierwszych scen tej książki, potem pojawia się jeszcze umierająca na raka kobieta porzucona przez męża, żona opiekująca się chorym na stwardnienie rozsiane mężem, oraz kilkanaście innych osób, na niezliczone sposoby równie doświadczonych przez los.
Wiem, że pewnie się czepiam, ale w mojej bardzo subiektywnej opinii cała ta książka, to jeden wielki wyciskacz łez i kompletny banał pod osłonką życiowej mądrości. Z rzeczywistością nie ma wspólnego zupełnie nic prócz pobożnych pragnień, by wszyscy źli ludzie, odkryli swoje prawdziwe oblicze i uświadomili sobie bezmiar swej nikczemności, by mogła nam w spokoju królować sprawiedliwość. Amen.
Dobra, przesadziłam, ale dawno nie rozczarowałam się czymś co według wszystkich znaków na niebie i ziemi powinno było mnie zauroczyć, wzruszyć i choć trochę zaskoczyć. A nie lubię rozczarowań!

Moja ocena:
3/10

wtorek, 11 czerwca 2013

Nie oglądaj się - Karin Fossum

 

Nie oglądaj się - Karin Fossum


Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 264




Choć co do tego, co właściwie wyróżnia skandynawski kryminał od każdego innego przedstawiciela tego gatunku na przykład rodem z Włoch czy Wielkiej Brytanii, zdania są bardzo różne, to faktem jest, że właśnie te z północnej Europy cieszą się największym uznaniem (oczywiście nie licząc brytyjskiej klasyki). Moim skromnym zdaniem to co skandynawski kryminał wyróżnia, to nie szczególnie skomplikowana zagadka, bo zazwyczaj rozwiązanie okazuje się dość proste, ani nie niezwykła nawet jak na kryminał brutalność zabójstwa – chociaż z tym też różnie bywa. Inni mówią jeszcze o ciężkim ponurym klimacie, któremu bliżej do horroru. Ja osobiście, choć trochę zgadzam się z powyższymi, stawiałabym raczej na pogłębiona płaszczyznę emocjonalną. Nie ma zbyt dużo akcji, wydarzeń, zaskakujących zwrotów, a narracja raczej statecznie kroczy niż mknie. I choć całość składa się z mozolnie przedstawionego śledztwa, niezliczonych rozmów i spostrzeżeń, które pozornie nic nie wnoszą, to ostatecznie składają się one na wstrząsające rozwiązanie. I co najważniejsze, choć niby nic się nie dzieje, to jednak nie można się oderwać.
I taką właśnie książką jest „Nie oglądaj się” Karin Fossum. W ustronnym miejscu w małej miejscowości zostaje znalezione ciało piętnastoletniej dziewczyny. Śledztwa w tej sprawie podejmuje się zasłużony już policjant Konrad Sejer i jego młodszy partner Jakub Skarre. Po wstępnym rozpoznaniu wydaje się, że absolutnie nikt nie mógł mieć żadnego powodu by pozbawić Annie życia. Ktoś jednak to zrobił i wszystko wskazuje na to, że musi to być któryś z tamtejszych mieszkańców. W miejscu gdzie wszyscy się znają i wiedzą o sobie niemal wszystko wskazanie mordercy okazuje się szczególnie trudne. Sejer z uporem stara się odtworzyć i poznać wszystkie aspekty życia dziewczyny by w ten sposób doszukać się motywu, którym kierował się sprawca. Małomiasteczkowe tajemnice pozornie najzwyklejszych i spokojnych mieszkańców powoli zaczynają wychodzić na jaw.
Książkę bardzo dobrze się czyta pomimo, że nie zawiera żadnych zwrotów akcji, wielką zasługą pani Fassum jest pogłębiony obraz bohaterów, bez czerni i bieli, raczej w niezliczonych odcieniach szarości. Pod pozorem niezmąconego spokoju kłębią się silne uczucia, prezentowane dosadnie a jednak z dystansem, bez zbytniej dramaturgii.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wspomniała o kilku wadach. Choć uważam całość za bardzo wciągająca, to niektóre fragmenty bardzo mnie nużyły. Autorka kilkanaście razy prezentuje nam chłopaka ofiary skupionego przed komputerem. Jego wspomnienia o zmarłej są interesujące, ale powtarzalność sceny męczy. Nie podobały mi się także niektóre dialogi, rozmowa Sejera z Skarrem na temat Boga, czy rozważania na temat kremacji. Niewiele wnosiły – choć można się z tym nie zgadzać.
Jeśli ktoś ma ochotę sięgnąć po klasyczny skandynawski kryminał, to jak najbardziej polecam „Nie oglądaj się” – bo zawiera wszystko co najlepsze w tym gatunku.

Moja ocena:
7/10

wtorek, 12 marca 2013

Trucicielka - Eric-Emmanuel Schmitt

 

Trucicielka - Eric-Emmanuel Schmitt



Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 240




Przeczytanie tej książki było błędem. Wiem, brzmi to śmiesznie, bo przeczytanie żadnej książki błędem nie jest, a już na pewno nie można być niczego pewnym dopóki się jej nie przeczyta. Ale do rzeczy.
Czuję się oszukana. Sama zresztą nie jestem tu bez winy. Nigdy bowiem nie sięgnęłabym po „Trucicielkę” gdybym wiedziała, że mam do czynienia ze zbiorem opowiadań. Wiem, to śmieszne, że można coś takiego przegapić, ale uwierzcie mi, że można. Wydawcy jakby z premedytacją (co podpowiada mi straszna, wrodzona podejrzliwość) nie zamieścili na okładce nic, ani w tytule ani nawet w opisie, co choćby sugerowało, że nie mamy do czynienia z powieścią. Nic. Naprawdę. Dopiero na trzeciej z kolei storn tytułowych, obok wytłuszczonego napisu „Trucicielka” znalazł się drobnym druczkiem dopisek „i inne opowiadania”. A więc ja dałam się zwieść i nie zamierzam się nawet przyznawać jak późno swój błąd odkryłam.
Dlaczego to błąd? Bo nie lubię opowiadań. Nie lubię tej formy. Niewielka objętość nie pozwala na zawarcie intrygującej fabuły a autorzy jakby na przekór ograniczeniom starają się nadać jak najbanalniejszej historii jak najgłębsze przesłanie. Nigdy to do mnie nie trafia zwłaszcza, że czasy gdy literatura miała pełnić funkcje moralizatorskie dawno mamy już za sobą. Eric-Emmanuel Schmitt najwyraźniej uważa inaczej, bo tak „uduchowionej” prozy nie  czytałam już dawno.
Paulo Coelho dla ubogich. Właśnie takie straszne zdanie przychodzi mi do głowy gdy pomyślę o treści tych kilku opowiadań zebranych w owy zbiór. Nie łączy je nic prócz wątpliwego wątku dotyczącego kultu św. Rity, choć autor i wydawcy bardzo chcą by za wątek przewodni uważać obsesję. Te chęci to jednak trochę za mało. Bo choć przekonuje się nas, że jest głęboko i inteligentnie tak naprawdę jest banalnie, żałośnie i kiczowato. Choć zapewne dla wielu może okazać się ważniejsze, że jest także ciepło, ludzko i wzruszająco. Każdy musi zdecydować sam.
Po przeczytaniu przyszła mi do głowy pewna straszna myśl – że być może moje pozytywne odczucia po przeczytaniu „Oskara i pani Róży” tego samego autora, nie są wynikiem jego kunsztu i talentu, ale słabości mojego umysłu – młodszego przecież o kilka lat (to tak w ramach szukania usprawiedliwień).
Niezmiennie dobry u Schmitta jest język: płynny, laki, obrazowy i klimatyczny. Co do treści natomiast, to by niczego nie zdradzać (nie wszyscy przecież nie lubią opowiadań), powiem tylko, że dużo lepszym od tytułowego jest opowiadanie zatytułowane „Powrót”. Zawiera bardzo intrygującą myśl na temat bólu i żałoby. Nic więcej niestety nie zwróciło mojej uwagi.
Może to dziwne, że tak nisko oceniam ten zbiór, skoro zdarza mi się wystawiać leprze oceny zwykłym pochłaniaczom czasu, jak większość romansów, tych klasycznych i tych fantastycznych. Tak są tendencyjne i banalne. Ale wiem o tym sięgając po nie, i zapewne wiedzą o tym autorzy pisząc je. I nie próbują jak Eric-Emmanuel wciskać nam uduchowionych bzdur z miną wychowawcy ludzkości wiedzącego i czującego dalej i głębiej. A fakt, że do wydania „Trucicielki” dołączono zapiski z dziennika autora podczas procesu tworzenia tego „dzieła”, świadczy, że przydałoby mu się trochę dystansu do siebie, a zwłaszcza do własnej twórczości.

Moja ocena:
3/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...