Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

na trzy


Pan Darcy nie żyje - Magdalen Knedler


Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 09/2015
Ilość stron: 344

Czy jest ktoś spośród prawdziwych literackich maniaków, kto nie lubiłby książek Jane Austen? Nie sądzę. W końcu nie bez powodu cieszą się one ogromną popularnością, a ilość wydań tylko na polskim rynku można by liczyć w dziesiątkach. Ale to nie wszystko. Powieści Jane Austen rozpalają wyobraźnie czytelników i służą jako inspiracja dla mnóstwa nowych przedsięwzięć - filmów, seriali, spektakli i książek (i to najróżniejszych gatunków). "Pan Darcy nie żyje" jest jednym z takich pokłonów złożonych królowej klasycznego romansu. Ta napisana w lekkim i miejscami żartobliwym tonie książka, jest hołdem dość przekornym, bowiem bliżej jej raczej do twórczości Agathy Christie...
Na planie hollywoodzkiej ekranizacji "Dumy i uprzedzenia" ginie jeden z aktorów. Tytułowy pan Darcy, nie cieszył się wśród kolegów z planu zbytnia sympatią, ale nie jest to w tym środowisku niczym niezwykłym. Rozpoczyna się śledztwo podczas, którego na jaw wychodzą knowania, intrygi i sekrety wszystkich członków ekipy. A wielu z nich jest gotowa na dużo by ratować swoje kariery...
Świetnie napisana książka, która bawi, intryguje a miejscami wzrusza. Nieco przerysowane sylwetki bohaterów, humor sytuacyjny, naturalne ale dowcipne dialogi, a dla równowagi kilka poważniejszych i dodających dramatyzmu motywów. Lekkość z jaką napisano"Pan Darcy nie żyje" dowodzi tego, że autorka świetnie bawiła się tworząc tę opowieść. Zapewniam, że można równie dobrze bawić się przy jej czytaniu. Polecam wielbicielom Austin i nie tylko. 
Moja ocena: 8/10
********

Księżyc nad Bretanią - Nina George

 
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania 4/2015
Ilość stron: 320

Nina George jest niemiecką pisarką, którą w naszym kraju można kojarzyć za sprawa bardzo dobrze przyjętej powieści "Lawendowy pokój", której niestety jeszcze nie miałam okazji czytać. "Księżyc nad Bretanią" jest wzruszającą i pełną życiowej mądrości powieścią, która po raz kolejny pozwoli nam odkryć prawdę, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Główną bohaterkę Marianne poznajemy, w chwili gdy postanawia ona zakończyć swoje życie skokiem z paryskiego Pont Neuf - i nawet ta pierwsza od lata w pełni samodzielna decyzja nie kończy się zgodnie z oczekiwaniami. Uratowana trafia do szpitala, gdzie pod wpływem impulsu postanawia odwiedzić namalowany na ozdobnym obrazku port. Tak zaczyna się podroż do Bretanii, gdzie Marianne rozpocznie całkiem nowe i zupełnie inne od dotychczasowego życie. 
"Księżyc nad Bretanią" to książka o dojrzewaniu - mimo, że bohaterka ma już swoje lata - o dojrzewaniu do samodzielności, do wolności decydowania o sobie, do kreowania swojego życia i do poszukiwania szczęścia. Łatwo jest osądzać zakompleksioną i zdominowaną przez męża kobietę, która czasami drażni nas swoja uległością i pokora, ale trudniej stanąć wraz z nią na brzegu obcego portu, że świadomością minionych lat i zmarnowanego życia. 
Z niezwykłą przyjemnością obserwuje się za to zamiany jakie następują w Marianne, choć nie jest to proces prosty i szybki. 
Polecam zwłaszcza fankom kobiecej literatury - klimat stworzony przez Ninę Georges z pewnością je urzeknie. 
Moja ocena: 6/10
****** 

Tajemnica - Deborah Harkness

 
Wydawnictwo : Amber
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 448

"Tajemnica" jest drugim tomem serii pani Harkness "Księga wszystkich dusz", która to przyniosła autorce spory rozgłos i niemałe grono wiernych fanów. Jak przypuszczam głównie fanek, jako, że jednym z najważniejszych motywów w książce jest zakazane uczucie łączące czarownicę wywodzącą się wprost z rodu czarownic z Salem z arystokratą wśród wampirów - Matthew. To co w mojej opinii wyróżnia książki pani Harkness od wielu podobnych, to dobrze przemyślana i pełna pobocznych wątków fabuła. Jest bowiem pewien manuskrypt do którego wszyscy chcą dotrzeć, a potrafi to tylko Diana. Są demony i czarownice, które kierują się głównie własnym interesem, są wzajemne niesnaski między rasami, a nawet zasady, których nie wolno jest łamać. Oczywiście są też wrogowie, którym trzeba stawić czoła, co nie jest proste gdy Diana dopiero poznaje swoje magiczne możliwości. A więc wątków jest całkiem sporo, i każdy z nich bardzo obiecujący, gdy tylko autorka zdecyduje się je rozwinąć. Dotąd bowiem skupiła się ona na tym co najważniejsze dla zakochanych bohaterów - czyli ich uczuciu, a wszystko inne zeszło na dalszy plan. Mam nadzieję, że tylko chwilowo, bo cykl pani Harkness ma w sobie "to coś" co sprawia, że trudno się oderwać a bohaterowie zostają z nami jeszcze długo po skończonej lekturze. Na szczęście trzecia część już na mnie czeka :)
Moja ocena: 6/10
****** 
Tom 1

 

Intruz - Stephenie Meyer

 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 568

Długo się zastanawiałam czytać czy nie czytać. Twórczość pani Meyer budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Naprawdę podziwiam fenomen "Zmierzchu", który zawładną sercami i umysłami milionów nastolatków (i nie tylko), ale samą fabułę, postacie, język uważam za bardzo słabe i nie przemyślane. Co więc mnie skłoniło do sięgnięcia po "Intruza"? Otóż obejrzałam film, który ku mojemu zaskoczeniu okazał się całkiem dobry (a nie spodziewałam się wiele).

Okazało się, ze w przypadku "Intruza" autorka naprawdę miała pomysł na fabułę - intrygujący, nowatorski i niebanalny. A w dodatku udało jej się przekuć go w całkiem ładnie skrojoną historię. 
Ludzkość opanowana przez obcych - intruzów korzystających z ciał mieszkańców zasiedlanych planet jak z już gotowych form. Nastolatka Melanie jest jedną z nielicznych ocalałych, "prawdziwych" ludzi, ukrywa się i próbuje przetrwać, zwłaszcza, że ma pod opieką młodszego brata i jest zakochana. A odnaleźć miłość w tych trudnych czasach wydaje się cudem. Gdy więc wpada w ręce wroga a jej ciało zamieszkuje intruz o imieniu Wagabunda, wcale nie zamierza się poddać. Nie spodziewa się jednak, że i Wagabunda ma w tej historii wiele do powiedzenia. 
Świetnie się bawiłam czytając tę wciągającą książkę - nawet mimo, że znałam zarys treści z filmu. Autorka porusza kilka ciekawych tematów i zmusza do przemyśleń. Brawa dla niej za wszystkie szarości, brak podziału na czerń i biel, łatwych pytań i prostych odpowiedzi. 
Naprawdę wata przeczytania. Polecam. 
Moja ocena: 8/10
********

Cienie - Amy Meredith


Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 247

Nastoletnia Eve wiedzie życie beztroskiej dziewczyn z bogatego domu. Jest ładna, popularna, ma najlepszą przyjaciółkę na którą zawsze może liczyć, a jej ulubionym zajęciem są wspólne zakupy. Ot zwykła nastolatka w amerykańskim miasteczku. A przynajmniej tak się wszystkim i jej samej wydaje, dopóki w jej otoczeniu nie zaczną dziać się dziwne rzeczy - łącznie z pojawieniem się demonów. I tylko Eve ma w sobie moc zdolną powstrzymać szerzące się zło.
Prosta, ale ciekawa fabuła, lekki i nie całkiem poważny styl, kilka charakterystycznych elementów - jak choćby dbałość o fryzurę w samym środku walki z demonami - oraz oczywiście dwóch tajemniczych chłopaków, którzy zwrócą na siebie uwagę naszej bohaterki. Wszystko to sprawia, że "Cienie" Amy Meredith po prostu dobrze się czyta - a książka nie jest zbyt długa, taka w sam raz na jeden wieczór. Choć powiedziałabym, że jest raczej skierowana do młodszego czytelnika (na pewno młodszego niż ja), choć każdy możne znaleźć tu coś dla siebie. Całość bardzo przypomina serial o Baffy walczącej z wampirami - a cieszył się on dużą popularnością.
Moja ocena: 6/10
******

wtorek, 29 września 2015

7 razy dziś - Lauren Oliver


7 razy dziś - Lauren Oliver




Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2011
Rok pierwszego wydania: 2010
Ilość stron: 384




Przeczytałam „7 razy dziś” już jakiś czas temu, ale długo nie mogłam zabrać się za opisanie swoich wrażeń. Ma to kilka powodów. Po pierwsze planowałam lekturę tej książki już od momentu kiedy ukazała się ona na polskim rynku, a więc już kilka lat temu (w tym roku wydano ją po raz drugi). To, że pani Oliver jest także autorką bardzo popularnego cyklu „Delirium” – którego nie miałam jednak jeszcze okazji poznać – tylko wzmocniło moją chęć poznania „7 razy dziś”. Sięgnęłabym po tę książkę i tak, przede wszystkim dlatego, że po prosu uwielbiam motyw podróży w czasie czy też wszystkie wariacje na ten temat.

Od razu przyznaje jednak, że książka nie jest taka jakiej się spodziewałam, w zasadzie jakiej oczekiwałam i jaka mogłaby być gdyby tylko… No właśnie gdyby tylko była taka przewidywalna i nieco banalna. Przez cały czas podczas lektury towarzyszyło mi wrażenie, że gdzieś już to czytałam, że wszystko to gdzieś już było i pomimo najszczerszych chęci nie znalazłam niczego nowego w tej opowieści.

Samantha jest popularną amerykańską nastolatką, a więc złośliwą, arogancką i święcie przekonana o swojej wyższości nad resztą szkolnej populacji. Ma kilka przyjaciółek, równie popularnego jak ona sama chłopaka i całej jej życie składa się głównie z dobrej zabawy. Jedna z imprez kończy się jednak wypadkiem w czasie którego ginie… a następnie budzi się we własnym łóżku, by po raz kolejny przeżyć ostatni dzień życia.  

Książka nie jest zbyt długa, niestety bardzo długo się „rozkręca”. Pierwsze kilkaset stron czyta się naprawdę źle zwłaszcza, że główna bohaterka jedynie irytację. Obserwujemy jak zmiany jakie wprowadza ona w przebiegu swojego dnia, wpływają na jego zakończenie, ale naprawdę interesująco zaczyna być dopiero, gdy Sam ma już za sobą co najmniej połowę „powtórek” i zmienia się na tyle, że może zacząć wzbudzać nieco sympatii.

Książka pod bardzo wieloma względami przypomina mi „Pomiędzy światami” Jessici Warman, pod innymi zaś „Zapomniałam, że Cię kocham” Gabrielle Zevin z tym, że tam główna bohaterka z powodu amnezji zaczyna patrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Ogólnie jednak wszystkie te książki są do siebie  bardzo podobne. I nie wiem czy wynika to z jakiejś mody, czy autorom po prostu kończą się pomysły…

Moja ocena:
5/10 

środa, 25 lutego 2015

Losing Hope - Colleen Hoover


Losing Hope - Colleen Hoover




Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2015
Ilość stron: 355

Cykl: Hopeless (tom 2)



Swoją opinię zacznę od wyjaśnienia, że nie jestem wielką fanką New Adult, choć bardzo lubię książki dla młodzieży, to ten, dość specyficzny gatunek jakoś do mnie nie przemawia. Przeczytałam kilka książek, które się do tego „trendu” zalicza i ich niezwykłą popularność potrafię tłumaczyć chyba tylko chwilową modą – mam nadzieję, że chwilową. Jedynym bardzo pozytywnym wyjątkiem była jak dotąd książka „Powód by oddychać”, która zrobiła na mnie spore wrażenie.

Co do serii Hopeless… Przeczytałam „Hopeless” już jakiś czas temu. Nie pisałam swojej opinii na jej temat bowiem książka jak dla mnie okazała się bardzo przeciętna. Ani mnie nie zachwyciła, ani też szczególnie nie zawiodła. Potrafiłabym wyliczyć zarówno kilka wad jak i kilka jej zalet. Książka została jednak napisana wyraźnie dla młodszych czytelników (ja chyba jestem już trochę za stara i emocje towarzyszące pierwszej miłości już tak do mnie nie przemawiają), jestem jednak w stanie zrozumieć wszystkich tych na których „Hopeless” zrobiło większe wrażenie. W końcu w sieci pokazało się mnóstwo opinii pełnych ochów i achów…

Pojawienie się „Losing Hope” bardzo mnie zaskoczyło. Zwłaszcza, gdy okazało się, że nie będzie zawierało dalszych losów naszych bohaterów, ale tę samą co w „Hopeless” opowieść, tylko widzianą oczami Holdera. Pomysł wydał mi się dziwny, bo co tu dużo mówić, fabuła „Hopeless” nie była zbyt skomplikowana. Dwie trzecie książki poświęcone były rodzącemu się między Hope a Holderem uczuciu. Jedynie końcówka nadała całości nieco charakteru. Postanowiłam jednak sprawdzić zanim zacznę krytykować. A więc sprawdziłam… i już mogę :)

Moim skromnym zdaniem autorka próbuje po prostu na wszelkie sposoby wykorzystać sukces swojej książki. O ile jednak faktycznie można uznać pomysł na fabułę „Hopeless” za dość oryginalny, to jednak nie na tyle, żeby można było na tym oprzeć więcej niż jedną opowieść. „Losing Hope” nie wnosi absolutnie nic nowego, nic instygującego, zaskakującego czy nawet zwyczajnie ciekawego. Te same dialogi opatrzona mentalnym komentarzem innej osoby i to wszystko. Do tego ten straszny upór by nadać wszystkiemu rys dramatyzmu, co najlepiej widać w owych listach do zmarłej siostry. Niektóre fragmenty są po prostu tak żenujące, że ciężko to nawet opisać.


Nie polecam. Nigdy nie byłam fanką wszelkich dodatków do zamkniętych już serii, ale „Losing Hope” przekracza w tym względzie chyba wszelkie granice i jest zwykłym żerowaniem na fanach, którzy i tak kupią książkę ulubionej autorki nawet jeśli postanowi ona po raz kolejny opowiedzieć tę samą historię widzianą na przykład oczami przyjaciółki, rodzica, albo psa…

Moja ocena:
3/10

sobota, 23 sierpnia 2014

Piąta fala - Rick Yancey


Piąta fala - Rick Yancey



Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 512



„Wściekle wciągająca! Nie nadążysz z odwracaniem kolejnych kartek! „
The New York Times Book Review


Tak właśnie brzmi najtrafniejszy komentarz na temat “Piątej fali” i słowa te mogłyby wystarczyć za cały komentarz. Bo cóż z tego, że gdy spojrzy się na treść z dystansu (i po jakimś czasie, gdy już ochłonie się z nadmiaru wrażeń), to nie sposób zignorować całej masy sprzeczności, błędów i niedociągnięć a nawet pewnej niedorzeczności całej fabuły (o ile można mówić o niedorzeczności w zachowaniu bohaterów czy w fabule w książce o inwazji kosmitów), skoro od lektury i tak nie da się oderwać? Ta książka powinna być obowiązkową lekturą dla młodzieży i to nie dlatego, że nie niesie ze sobą jakąś głębie moralnych wartości, ale by udowodnić wszystkim tym, którzy jeszcze tego nie doświadczyli, jak przyjemne może być czytanie.

Poznajemy Cassie gdy samotnie koczuje w lesie, w namiocie, który mieści cały jej dobytek. Inwazja już nastąpiła. Większość z tych, którym udało się przeżyć poprzednie fale ataku, rozproszyła się gdzieś po świecie, samotne próbując przetrwać. Nikogo już nie mając, nikomu nie ufając i nie wierząc już w ratunek. Była już ciemność, powódź, która zatopiła pół świata, była zaraza, która zmiotła kolejne miliony i uciszacze dobijające resztę. I to wszystko jeszcze zanim ludzkość miała szansę choćby zobaczyć wroga. Co nadejdzie teraz? Jak będzie wyglądała kolejna – piąta już fala i czy będzie to już ostateczna zagłada życia na ziemi? I czy dla dziewczyny, która straciła już wszystkich i wszystko ma to jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

Niezwykła książka. Rickowi Yancey udało się stworzyć coś naprawdę oryginalnego. Historię zagłady widzianą oczami nastolatków, którzy w ciągu zaledwie kilku miesięcy musieli przejść drogę od beztroskich dzieciaków, których życie kręciło się wokół popularności i szkoły do ludzi walczących o życie swoje i bliskich. Równie interesująca jak Cassie jest historia Benjamina Parisha, wciągająca, pełna akcji i emocji.

Książka niestety ma też wady – zawsze jakieś się znajdą. Mnie na przykład zawiodło zakończenie. Bardzo filmowe i to w hollywoodzkim stylu, a wolałabym znacznie mniej spektakularnie a bardziej „prawdziwie”.   Można zarzucić książce, że została zakrojona na jak największy efekt, łącząc w sobie wiele elementów znanych z innych powieści. Ale czy nie można tak powiedzieć, o każdej książce?


Nic to jednak, bo „Piąta fala” i tak jest jedną z najbardziej wciągających książek jakie dane mi było czytać i spędziłam w jej towarzystwie bardzo przyjemne chwile. Więc jak w wypadku wszystkich zauroczeń, chętnie przymknę oko na wszelkie wady :)

Moja ocena:
8/10

wtorek, 19 sierpnia 2014

Mroczne umysły - Alexandra Bracken


Mroczne umysły - Alexandra Bracken




Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 456




Ostatnio całkiem sporo czytam, mam jednak jakąś blokadę jeśli chodzi o pisaninie. Choć bardzo lubię dzielić się swoimi opiniami, ostatnio jakoś trudno przychodzi mi przekucie moich czytelniczych wrażeń w słowa. Stad też moje zaległości w postach. „Mroczne umysły” przeczytałam już jakiś czas temu – bo książka zwróciła moją uwagę gdy tylko pojawiła się w wydawniczych zapowiedziach – tymczasem ukazała się druga już część (przypuszczam, że całość tworzyć będzie trylogię) ja jednak nie zamieściłam na jej temat ani słowa. Szybciutko więc tę niedopatrzenie nadrabiam.

Poznajemy Ruby jako dziecko, gdy wraz z innymi dzieciakami odbywa podróż do specjalnego obozu, który odtąd stanie się jej domem. To właśnie z Ruby poznajemy sytuację, prawa i zasady a także próbujemy  zrozumieć o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Wiemy, że dzieci tak brutalnie odizolowane od społeczeństwa przejawiają nadnaturalne zdolności. Na ich podstawie pogrupowano je na kilka klas od mniej do bardziej niebezpiecznych.  Ruby jest pomarańczowa co znaczy, że może zawładnąć cudzym umysłem i wymazać wspomnienia, ale dzięki szczęściu i instynktowi udaje jej się uniknąć tragicznego losu i zostaje zakwalifikowana jako zielona. Jak długo jednak zdoła ukrywać swoje umiejętności i jaki los ją czeka gdy prawda wyjdzie na jaw? Wybór jest prosty: ucieczka albo śmierć. Okazuje się jednak, że wydostanie się z obozu to dopiero początek. Teraz Ruby musi zmierzyć się z jeszcze trudniejszymi wyborami. Komu zaufać kiedy każdy wydaje się mieć względem niej jakiś plan i czy może tak po prostu przyłączyć się do innych uciekinierów? Co stanie się gdy odkryją, że tak naprawdę nie jest zielona? I co sama odkryje na temat własnych umiejętności?

Bardzo interesujący pomysł na książkę, z tym, że historia ta skierowana jest stricte do młodzieży. Starszy czytelnik poczuje się nieco rozczarowany „powierzchownością” przedstawionego nam świata, bo autorka wyraźnie przedkłada akcję nad opis. Dziej się więc bardzo dużo, właściwie od pierwszej do ostatniej strony tępo ani na chwile nie spada. Ucieczki, pościgi, pułapki, poszukiwanie obozu, walka i nieustanne napięcie. Ale ponieważ bohaterami są oczywiście nastolatki stąd nie mogło zabraknąć też trochę zabawy, humoru, wzajemnych przekomarzań oraz pierwszych zauroczeń. Wszystko to sprawia, że książkę po prostu świetnie się czyta. I cóż z tego, że fabuła ma masę niedociągnięć skoro i tak nie można się oderwać.


Nie mogę się jednak powstrzymać od paru słów krytyki. Otóż najbardziej przeszkadzało mi niedopracowanie kwestii związanych z funkcjonowaniem prezentowanego świata. Mimo, że tajemnicza przypadłość i wysoka śmiertelność dotyka dzieci, to właśnie dorosłych wydaje się brakować. Ruby z przyjaciółmi podróżuje po opustoszałych miastach, choć niektóre szczegóły wydają się sugerować, że ludzkość po prostu żyje sobie dalej, jak gdyby nigdy nic. Oczywiście świat ogranicza się tylko do Ameryki, ale to tak typowe dla tamtejszych autorów, że już nawet nie dziwi :) 

Po drugie, chociaż polubiłam Ruby, to wolałabym by autorka oszczędziła jej i nam – czytelnikom, tego typowego rysu postaci, gdy za największe zagrożenie i zło uważa ona samą siebie. To ciągłe przypominanie o wewnętrznym „potworze” w sytuacji gdy cały świat wydaje się zły, jest trochę irytujące. Bardzo sympatyczna jest za to pozostała trójka bohaterów. Mam nadzieję, że pojawią się oni także w drugiej części :)

Moja ocena:
7/10

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Sekret Julii - Tehereh Mafi


Sekret Julii - Tehereh Mafi



Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 437





Cóż tu dużo mówić, dawno, żadna książka nie okazała się dla mnie takim rozczarowaniem jak właśnie „Sekret Julii”. Rozczarowanie równie wielkością moim oczekiwaniom. Pani Mafi oczarowała mnie swoim stylem w „Dotyku Julii”, stylem nie fabułą, bo tej trochę brakowało by tak bardzo nie trącić naiwnością. Nic to jednak, skoro wszelkie niedostatki rekompensował sposób narracji, prosty choć trochę poetycki, lekki a głęboki a przede wszystkim świeży a nie wymuszony. Byłam pod sporym wrażeniem. Może właśnie dlatego odkładałam sobie lekturę „Sekretu Julii” tak długo bo jak wiadomo wszystko na co długo się czeka… ale może po prostu przeczuwałam, że na tej historii da się zbudować jedną spójną opowieść, ale trylogię ?!

Julia wraz z Adamem przebywa w podziemiu dosłownie i w przenośni. W tajnych schronach pod ziemią rebelianci szykują się do wojny w zdegradowanym i skorumpowanym świecie. A więc wojny przeciw Warnerowi będącego dowódcą tutejszego dystryktu. Julia dowiaduje się, że wielu mieszkańców podziemia dysponuje swoistym „darem”, jej radość jednak, że nie jest jedyna obdarzoną niezwykłymi właściwościami szybko znika. Wciąż czuje się ona bowiem wyobcowana a konieczność przejęcia kontroli nad jej zdolnością okazuje się dla niej wyjątkowo trudnym zadaniem. Oczywiście także jej uczucie do Adama napotyka niespodziewane przeszkody…

Tyle, jeśli chodzi o treść. Nie dziej się zbyt wiele, by nie powiedzieć, że właściwie oprócz wewnętrznych dylematów Julii nie dzieje się w zasadzie nic. Życie wewnętrzne tej dziewczyny wystarcza jednak w zupełności by absolutnie zamęczyć czytelnika. Przez kilkaset stron Julia nieustannie cierpi, jej wewnętrzne „ja” rozpada się, roztrzaskuje, stacza, zamiera, umiera i kona (itd.) w zasadzie nie wiem z jakiego powodu. Jak wyraziła to inna postać  Kenji – jedyna naprawdę interesująca w całej grupie – „Z tego, co wiem, masz co włożyć do gęby i co wciągnąć na grzbiet, możesz się odlać w spokoju, kiedy tylko przyjdzie ci ochota. Gdzie ty tu widzisz problemy? To się nazywa królewskie życie. Mogłabyś wreszcie dorosnąć i przestać się zachowywać tak, jakby cały świat nasrał na twoją ostatnią rolkę papieru. Bo to jest głupie.”

W tej książce absolutnie nic nie ma, oprócz do granic możliwości irytującej bohaterki, która oczywiście okazuje się wyjątkowa nawet wśród wyjątkowych. Postaci są źle przedstawione i oprócz Kenjego w zasadzie anonimowe. Z trójkąta Adam – Julia – Warner na uwagę zasługuję tylko ten trzeci choć i on jest po prostu doskonałym wypełnieniem typowego schematu dotyczącego „tego drugiego”. Adam zamienia się z interesującego chłopaka w pierwszym tomie, w jakąś jęcząco – skamlącą odmianę półgłówka zdolnego powtarzać tylko imię „Julia”.

Największym rozczarowaniem jest jednak styl w jakim „Sekret Julii” został napisany. To co pierwszej części było naturalne i lekkie ( a więc przekreślone myśli, powtórzenia, liczby) wszystko to co było oryginalne i świetnie oddawało emocje bohaterów, w „Sekrecie…” staje się wymuszone, sztuczne i zbyt ekstremalne. Jakby pani Mafi za wszelką cenę starała się zachować ten sam styl nawet gdy fabuła przekroczyła już „poziom” w którym to miałoby sens.

Zwiodłam się. Nie wiem czy zdecyduję się kiedyś sięgnąć po trzeci tom tej trylogii bo właściwe nawet nie jestem ciekawa jak ta historia się potoczy, a na pewno nie mam ochoty na kolejnych kilkaset stron w towarzystwie Julii.

Moja ocena:

4/10

Książka przeczytana w ramach wyzwań: Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 3 lutego 2014

Szeptem - Becca Fitzpatrick


Szeptem - Becca Fitzpatrick



Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 328


Czuję się bardzo rozczarowana! Nie zachwyciło mnie „Szeptem” Becki Fitzpatrick a miało zachwycić! Wskazywały na to wszystkie znaki na niebie i ziemi (w postaci mnóstwa pozytywnych recenzji i intrygującej, bardzo ładnej okładki). Narobiłam sobie nadziei na rewelacyjną książkę, a teraz muszę czuć się rozczarowana. Tak już jest gdy się zbagatelizuje podszepty własnego instynktu, który przecież podpowiadał, że kolejna książka o upadłych aniołach i to w dodatku przeznaczona stricte dla młodzieży nie jest czymś co mogłoby rzucić mnie na kolana.

To nie jest zła książka, co to, to nie. Wręcz przeciwnie jako reprezentująca powyższą kategorię zwaną też paranormal romance jest w zasadzie dość dobra (w zestawieniu z innymi), ale albo ja mam już przesyt jeśli chodzi o tego typu pozycję, albo to był po prostu zły dzień na lekturę właśnie tej książki. Od pierwszych stron wszystko w niej wydało mi się perfekcyjnym wypełnieniem przyjętego szablonu klasycznego romansu nastolatków z wątkiem paranormalnym. Ona – typowa nastolatka (co w praktyce oznacza niezbyt inteligentną, trochę zakompleksioną i absolutnie ogłupioną uczuciem do wybranka), on – irytujący nastolatek (według zachowania, nie metryki), arogancki, niezdecydowany oraz oczywiście do szaleństwa zakochany w wyżej wymienionej. Czyli reasumując para jak w każdej tego typu książce.

Co jest fajne? Bo tu też da się wymienić kilka plusów. Przede wszystkim to, że (1) kolejny raz nie o wampirach. (2) Główna postać męska - Patch nie jest absolutnie idealna czyli tak nudna i bezbarwna jak zazwyczaj. (3) Autorka stara się wprowadzić elementy akcji co nieco urozmaica całość. Kolejną znaczącą cechą  (4) jest także dość interesujące i przyznaję, że również zaskakujące zakończenie. Jeśli dodamy do tego jeszcze (5) ładny, prosty język i szybkość z jaką możemy przewracać strony to ostatecznie wyjdzie nam całkiem przyzwoita książka dla młodzieży (a ja chyba po prostu zbyt szybko się starzeję :(


Dla mnie osobiście książka ta jest po prostu słaba fabularnie. Cała historia i intryga jest słabo zarysowana i w zasadzie niemal pozbawiona „nadnaturalności”. Mało oryginalna – bo trudno ciągle nie porównywać jej do „Zmierzchu” zbyt wiele elementów wydaje się niema identycznych. Wciąż tylko nie rozumiem, co takiego (poza okładką) podobało się w tej książce tak wielu ludziom, że zarówno ona jak i cała seria (tak jest cała seria!) odniosła taki sukces. 

Moja ocena:
5/10


Książka przeczytana w ramach wyzwania: serie na starcie

piątek, 20 września 2013

Wyliczanka - John Verdon

 

Wyliczanka - John Verdon 


Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 504



„Wyliczanka” jest debiutancką książką Johna Verdona, napisaną już na emeryturze gdy postanowił przenieść się na wieś po wielu latach pracy w branży reklamowej na Manhattanie. Książka ta od razu zyskała spory rozgłos i przyniosła autorowi uznanie czytelników lubujących się w kryminałach. 

Główny bohater „Wyliczanki” znany i sławny nowojorski detektyw – Dave Gurney wytropił w swym życiu wielu seryjnych morderców, teraz jest już na emeryturze mieszka na wsi z żoną Madelaine i usilnie próbuje wieść spokojne życie. Prawie mu się udaje, gdy niespodziewanie zwraca się do niego dawno niewidziany przyjaciel ze studiów  - Mark Mellery i prosi o pomoc w rozwikłaniu zagadki. Ktoś przesyła Markowi dziwne listy w których potrafi przewidzieć liczbę, którą ten dopiero sobie pomyśli. Rzecz niemożliwa i właśnie dlatego przerażająca. To jednak dopiero początek gry jaką zaplanował sobie sprawca. Kolejne wydarzenia będą nie mniej tajemnicze i dużo bardziej krwawe, a Davowi nie pozostaje nic innego niż kolejny raz zaangażować się w śledztwo mimo niechętnej postawy żony. 

Wielką zaleta książki jest fakt, że autor świetnie radzi sobie z całą masą postaci – co najmniej kilkanaście stale obecnych i wielu więcej „przechodnich”. Stwarza to wrażenie autentyczności i szczegółowości, bez skrótów i uproszczeń. Nie trudno uwierzyć, że tak właśnie wyglądają procedury przy sprawie kilku morderstw w kilku oddalonych miastach. Choć dyskusje i ciągłe powtarzanie tego co już wiemy – zwłaszcza podczas narad i spotkań u kapitana policji – może być nieco irytujące, to z drugiej strony gwarantuje ono, że nawet mniej uważny czytelnik zdoła wychwycić wszystkie niuanse sprawy, a tych zapewniam jest całkiem sporo. 

      Sama zagadka kryminalna jest najważniejszym atutem książki, naprzód fascynuje nas zagadka liczb i bardzo byśmy chcieli znać rozwiązanie, potem powoli wchłaniają nas inne, podobne łamigłówki jakie policji funduje sprawca. I choć, gdzieś znacznie wcześniej niż faktyczny koniec książki, można domyślić się rozwiązania, to sporą przyjemność sprawia także obserwowanie jak wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować. 
 
Do zalet należy oszczędny ale sugestywny opis miejsc i ludzi. Autorowi udaje się lekko i płynnie oddać zarówno listopadowa aurę jak i to jak przy takiej pogodzie prezentują się poszczególne miejsca i obrazy. Choć nie przytłacza szczegółowością czytelnik ma wrażenie poruszania się po prawdziwych drogach i miejscach. Taki przekonujący minimalizm z dużym polem do popisu dla naszej wyobraźni.
 
Niestety mam także sporo zastrzeżeń co do książki, zacznę od dosyć banalnej, a w gruncie rzeczy nawet zabawnej ciekawostki. Otóż jakiś czas temu zauważyłam, że kiedy pisarz – mężczyzna, chce stworzyć nietuzinkową postać kobiecą (w tym wypadku Madelaine) to opisuję ją jako enigmatyczną piękność obdarowującą otoczenie bystrymi spojrzeniami, uśmiechami Mony Lizy i uwagami, które absolutnie nic nie znaczą. Może kobiety wydają się mężczyznom zjawiskiem aż tak niepojętym, że tylko tak potrafią oddać ich złożoną osobowość :)

Drugą rzeczą co do której mam zastrzeżenia jest to, że jedynie główny bohater jest kreowany na detektywa – geniusza, nawet gdy jego odkrycia dotyczą w zasadzie rzeczy od początku oczywistych. Dzieje się to kosztem pozostałych uczestników śledztwa, którym przypada rola kompletnych idiotów w charakterze tła. Posłużę się przykładem: morderca wyraźnie zwraca się w swoich listach do policji, zostawia im nawet wiadomość/wyzwanie jest to rzecz tak samo oczywista jak wszystkie inne elementy śledztwa, ale tylko Gurney jest przekonany, że cała sprawa jest dla sprawcy grą, podczas gdy inni są na to zbyt tępi. Jeżeli autor chciał wykreować bohatera na genialnego detektywa, to niech nam ten geniusz udowodni genialnymi odkryciami. 

Kolejna uwaga. Nie lubię stereotypów, choć jako powszechne skróty myślowe są niemal niemożliwe do wytępienie to uważa, że przynajmniej z częścią z nich należy walczy, bo ich rozpowszechnianie przynosi zbyt wiele szkody. A przedstawianie homoseksualistów jako tyleż kolorowych co infantylnych mężczyzna piszczącym głosem domagającym się wszczęcia śledztwa z powodu kradzieży szmaragdowych pantofelków, jest kreacją tak przerysowaną, że aż prześmiewczą. W ogóle pan Verdon nie ma litości dla swoich bohaterów w tworzonych postaciach uwypukla wszystkie wady i śmiesznostki czasami wręcz nadmiernie je przejaskrawiając – jak w wypadku nieco opóźnionej bigoteryjnej kobiety czy owładniętego obsesją kontroli kapitana policji. Jedynie Gurney jest w każdej sytuacji uosobieniem rzetelności i spokoju. Trochę to razi. 

„Wyliczanka” nie jest książką pozbawioną wad i nieścisłości, ale nie jest to także książka pozbawiona równie wielu zalet. Dla tych zalet a wśród nich najważniejsza jest kryminalna zagadka warto sięgnąć po debiut pana  Verdona  i mieć nadzieję, że jego kolejne powieści będą jeszcze lepsze :)

Moja ocena:
7/10

czwartek, 19 września 2013

Siedem lat później - Emily Giffin

 

Siedem lat później - Emily Giffin


Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 408




Kolejna piękna okładka, przyciągające uwagę spojrzenie tajemniczej kobiety i paleta nasyconych barw zapowiada równie nasyconą emocjami lekturę. Tak przynajmniej obiecuje nam wydawca. Przyznam szczerze już na wstępie, że z trudem brnęłam przez kolejne strony tej książki, na jakiś czas nawet odłożyłam lekturę nie do końca przekonana, że chce spędzić na zgłębianiu jej kolejne godzin swojego życia (wszak tyle innych książek już czeka:), ale jakoś udało mi się dokończyć. Zacznę jednak od tego, dlaczego zaczęłam. Otóż o kiszkach pani Giffin słyszałam już bardzo dawno, pełne życiowej mądrości i ciepła historie podbiły swego czasu serca czytelniczek, zwłaszcza tych lubiących się we współczesnych romansach. Postanowiła więc przekonać się sama, ale albo „Siedem lat później” nie jest reprezentatywnym utworem pani Giffin, albo jej pisarstwo niestety nie jest dla mnie. 

Fabuła opisuje uczuciowe perypetie trójki bohaterów tworzących typowy trójkąt: małżonków Tessy i Nicka oraz tej trzeciej – Valerie. Pomysł mimo swej prostoty, a może właśnie dzięki niej, byłby bardzo interesujący gdyby nie jeden szczegół. Zamiast życiowej autentyczności i intensywnych szczerych emocji mamy trójkę najbardziej irytujących i na wskroś sztucznych bohaterów przeżywających jakieś wydumane rozterki. A przynajmniej do mnie cała ta historia po prostu nie trafia. 

Tessa jest energiczną, zabieganą matką dwójki dzieci i od siedmiu lat szczęśliwą żoną znanego chirurga dziecięcego. Valerie natomiast jest samotną matką, której syn ulega nieszczęśliwemu wypadkowi. Żyje spokojnie skupiona przede wszystkim na swoim dziecku dopóki przy szpitalnym łóżku nie poznaje intrygującego lekarza swojego syna. Reszty bez trudu można się domyślić i niewiele straci ten kto na tych domysłach poprzestanie, bowiem cała treść książki opowiada właśnie tę historię – rodzącego się uczucia, które prowadzi ostatecznie do małżeńskiej zdrady. 

Autorka bardzo się starała, trzeba jej to przyznać, by przedstawić historię romansu bez podziału na „tę dobrą” i „tę złą”. Narracja prowadzona naprzemiennie z punktu widzenie Tess i Valerie pozwala nam spojrzeć na całość z dwóch różnych punktów widzenia choć w zasadzie w obu przypadkach jest to punkt widzenia kobiety, która po prostu chce być kochana. Pani Giffin szczegółowo relacjonuje nam wszystko co związane z bohaterkami, ich życiorysy, poprzednie związki, relacje rodzinne, stosunek do dzieci, przyjaciół, świata…  Natomiast to co ich łączy czyli osoba Nicka jest w zasadzie wielką niewiadomą – razi niezdecydowaniem, chwiejnością i przerostem ego – ale zapewne taki był właśnie zamysł autorki względem tej postaci – to on jest „tym złym”.  Trochę szkoda byłoby bowiem bardziej interesująco gdybyśmy mogli popatrzeć na całość historii także jego oczami.

Problem zdrady, wybaczenia, zaufania to problem bez wątpienia trudny i autorka przedstawia go z całą złożonością. Razem z Tess przechodzimy od stadium niezachwianej wiary w wierność męża, poprzez rodzące się wątpliwości, aż po gniew i ból pewności. Pani Giffin oddała cały ten wachlarz emocji z dużą wprawą i wyczuciem. I choć mam sporo zastrzeżeń co do tej książki, to muszę przyznać, że potrafi ona sprawić, że każdy czytając zada sobie pytanie: a co ja zrobiłbym na miejscu Tess? A chyba właśnie o to autorce chodziło :)  

Moja ocena:
4/10


środa, 14 sierpnia 2013

Pokuta - Anne Rice

 

Pokuta - Anne Rice


Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 304



Na wstępie kilka słów o Anne Rice – a raczej, co w jej wypadku bardziej interesujące – kilka słów o etapach jej twórczości. Jest to w pewien sposób nieuniknione, bowiem Anne Rice pisząca o wampirach to całkiem inna osoba niż ta tworząca powieści przepełnione erotyką (choć słowo pornografia jest w wypadku jej książek bardziej adekwatne) lub tej publikującej w duchu chrześcijańskim. Naprawdę aż trudno uwierzyć, że wyszły spod tej samej ręki i wykluły się w jednym umyśle. Anne Rice jest teraz na trzecim etapie swoje twórczości – po tym jak zapowiedziała swój powrót do Boga i oświadczyła, że nie wyda już nic co nie powstałoby na bożą  chwałę. Od tamtej pory wydała powieść o życiu Jezusa i serię o aniołach; „Pokuta” jest pierwszym jej tomem. 

Kilka słów o treści. Lucky Szczwany Lis to pseudonim pod jakim Toby'ego O’Dare zna jego szef – Pan Sprawiedliwy. Ta wzajemna tajemniczość jej uzasadniona, mimo, że obu mężczyzn łączy coś w rodzaju synowsko – ojcowskiej relacji. Nie zmienia to jednak faktu, że Lucky jest płatnym mordercą, a jego szef zleceniodawcą kolejnych morderstw. Wszystko zmienia się gdy podczas zabójstwa w hotelu Mission In – które jest dla Lucky’ego miejscem szczególnym – zjawia się anioł Malachiasz z własną propozycją współpracy. Zabiera Lucky’ego do średniowiecznej Anglii gdzie ofiarą ksenofobi lokalnych chrześcijan padła pewna żydowska rodzina. Lucky wie, że musi im pomóc jeśli chce zachować nadzieję, na odpokutowanie swoich win. 

Taka w skrócie jest treść „Pokuty”.   Wydaje się brzmieć interesująco, mamy przecież płatnego zabójcę, anioły, podróż w czasie, średniowieczną Anglię, a gdy dodamy do tego świadomość klimatu jaki potrafi nadać swoim opowieścią Anne Rice, to musimy otrzymać książkę od której nie sposób się będzie oderwać. Niestety to co otrzymujemy w żaden sposób nie spełnia tych oczekiwań. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że oprócz dwóch czy trzech krótkich scen, nic nie dziej się w czasie rzeczywistym – mam tu na myśli czas rozgrywania się akcji. Dostajemy za to masę przydługich opowieści. Spotkani przez Toby’ego w średniowieczu ludzie, po prostu opowiadają mu swoją historię, a to co najciekawsze czyli podróż naszego bohatera i cała część książki poświęcona jego misji, zostaje zredukowana niemal do minimum. Nie muszę wiec chyba wspominać, że klimatu nie ma przy tym żadnego, tak jak nie ma opisów ludzi, miejsc, zdarzeń (pomijając oczywiście pieczołowitość z jaką autorka oddała wnętrza kościołów i Mission In – czy kogoś naprawdę interesuje jak wyglądają krużganki, restauracja i hotelowy dziedziniec?)

Pierwsza, najdłuższa cześć książki poświęcona zostaje Toby’emu, i nie mam tu na myśli chwili kiedy spotyka on anioła. Zanim do tego dojdzie musimy przebrnąć przez kilkadziesiąt stron wewnętrznych monologów i prób udowodnienia jak bardzo jest on niewierzący mimo, że niemal nieustannie się modli. Potem poznajemy dzieje jego życia a dramatyzmem tej części można by obdzielić kilka powieści i jak sądzę nie powstydziłby się sam Dickens. A kiedy w końcu coś zaczyna się dziać i przenosimy się do średniowiecza, akcja znów zostaje zatrzymana kilkurodziałową opowieścią Flurii. 

Ostatecznie wychodzi z tego bardzo męcząca książka, pełna płytkiego patosu a miejscami nawet żenująco naiwna, choć muszę przyznać, że i w niej widać przebłyski geniuszu, dzięki któremu autorka wykreowała swego czasu fantastyczny świat wampirów. Szkoda, że tan czas już minął :(

Moja ocena:
3/10

środa, 13 marca 2013

Dotyk Julii - Tahereh Mafi

 

 Dotyk Julii - Tahereh Mafi


Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 336






„Dotyk Julii” jest tym przypadkiem książki od której po prostu nie sposób się oderwać. Ja pochłonęłam ją na raz, co zakończyło się niewyspaniem i potwornym bólem głowy następnego ranka. Czy warto było? Wczoraj jeszcze bez wątpienia powiedziałabym głośne „tak” i dołożyła jeszcze kilka wykrzykników. Na szczęście znam siebie na tyle, że wiem, że po zetknięciu z niektórymi historiami po prostu muszę ochłonąć, by oszacować ich faktyczną wartość. Zabrzmiało to bardzo oficjalnie, a ja przecież nie kładę książek na szali i nie przymierzam do żadnych odważników. Więc to nie jest tak, że jakaś książka z czasem przestaje mi się podobać, tylko, że zaczynam dostrzegać nieścisłości, banalności i inne wady. I tak właśnie jest z „Dotykiem Julii”.
Jest świetna. A przede wszystkim jest świetnie napisana, przekreślone myśli, porównania i opisy niemal namacalnie oddające emocjonalny stan głównej bohaterki, a to wszystko przy użyciu prostego języka. W trakcie czytanie jesteśmy z Julią, czujemy jak Julia, myślimy jak Julia, nawet jeśli to znaczy, że jesteśmy kompletnie zagubieni, naiwni, czy przerażeni. I w tym miejscu do samej ziemi chylę czoła przed panią Mafi, za niesamowitą lekkość i prostotę środków, którymi osiąga to co w przypadku bardzo licznych twórców jest tylko odległym marzeniem. Nie obserwujemy zdarzeń z zewnątrz. Jesteśmy w środku tej historii i pewnie dlatego nie możemy się wyzwolić przed dotarciem do ostatniej strony.
Dużo do życzenia pozostawia jednak treść. Antyutopijna  wizja przyszłości. Interesująca, ale za słabo zarysowana, chociaż rozumiem, że mamy do czynienia z trylogią i to w następnych częściach się zmieni. Należy więc czekać. Największą wadą książki jest jej przewidywalność, zwłaszcza na polu zawirowań relacji między Julią, Adamem i Warnere’m. Wiemy kogo wybierze Julia, a byłoby znacznie ciekawiej gdyby męskie postacie nie były aż tak schematycznie czarno – białe.
I niestety nie da się nie dostrzec analogi do X-mena. A z każdą kolejną przeczytaną stroną jest ona coraz wyraźniejsza, tak, że końcówka jest już zupełnie x-menowa. A szkoda, bo czy fakt, że główna postać potrafi za pomocą dotyku odbierać życiową energię innym koniecznie musi prowadzić do takich samych rozwiązań? Czy autorce zabrakło wyobraźni na własną, niepowtarzalną historię? Szkoda tym bardziej, że przy takich umiejętnościach władania piórem jak w przypadku pani Mafi spodziewałabym się, że stworzy ona nam nieskończoną liczbę fascynujących światów. A tu zabrakło oryginalnego pomysłu na jeden?
Ale już nie narzekam. Jakby nie patrzeć, tej książki po prostu nie da się nie lubić i ja z niecierpliwością czekam na polskie wydanie kontynuacji. A sądząc po pozytywnych recenzjach i ocenach innych czytelników, nie tylko ja. 

Moja ocena:
8/10
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...